Anka przechadzała się po parku rozmyślając nad tym, jak wiele jej się w życiu udało, jak bardzo wdzięczna jest za przystojnego chłopaka, pracę, którą lubiła, wielu uśmiechniętych przyjaciół, piękne mieszkanie w centrum miasta... Współczuła przechodzącej obok nastolatce, mającej na sobie bluzkę z krótkim rękawkiem; można było bez trudu zauważyć przecinające się linie na jej skórze. Anka spojrzała na swoje ręce - idealnie gładkie, lekko opalone z małym tatuażem 'be still' na nadgarstku prawej ręki. Nie tak dawno temu sama była nastolatką z mnóstwem problemów na głowie, jednak była wdzięczna losowi za to, że nauczyła się akceptować je, rozumieć i pokonywać. Na końcu alejki zauważyła machającą do niej Darię - swoją najlepszą przyjaciółkę od zawsze. Obydwu dziewczynom życie ułożyło się lepiej, niż się tego spodziewały, były szczęśliwsze niż kiedykolwiek. Anka podniosła głowę w górę w stronę jasno świecącego słońca i uśmiechnęła się do swoich myśli.
Światło.
Jasne światło.
Bardzo jasne światło.
Nie widziała nic poza nim.
Anka mrugnęła kilka razy i z trudem powoli uniosła powieki.
Światło.
Jasne światło.
Bardzo jasne światło.
A wokół niego przestrzeń.
Biała przestrzeń.
Po chwili dotarło do niej, że światło wychodzi ze szklanej kuli... zawieszonej na sznurku...
Podniosła do góry rękę. Spostrzeżenie czerwonych blizn na niej nie było trudne. Dziewczyna westchnęła.
Rzeczywistość to było to, czego obawiała się najbardziej.
Nagle poczuła, że ktoś potrząsa jej dłonią.
Woła ją po imieniu.
Znała ten głos.
Daria.
Daria była tutaj jak zwykle dbając o nią bardziej niż o siebie.
Daria, po której policzkach spływały łzy.
Dlaczego płakała?
Anka rozejrzała się - była w pokoju swojej przyjaciółki. Leżała na ziemi. Wtedy poczuła ból przeszywający jej uda. Spojrzała w dół i wtedy dopiero zorientowała się, że leży w kałuży krwi. Przypomniała sobie...